środa, 31 maja 2017

Poemat o nie-poezji

zielono-żółte chucie twojej suki rozlały się trupiarnią na stole Izaak i Abraham uciekli do Medyny gejsze tuptają tup tup tup rano właśnie tak się czuję z głową w kiblu przeczuwam obroty gwiazd i planet mnożone przez trzy zielone dzielone trzy po trzy 


Poezja jest wtedy, gdy:
a) robisz pierwszy raz w życiu twarożek i różowawa czerwień rzodkiewki, zlewa się ze szczypiąco-szczypiorkową zielenią, a wszystko to zatopione w śniegach śmietany;
b) siedzisz na ulicy Brackiej i nie pada deszcz (chociaż pada zawsze); słońce przemalowuje ci Kraków na Rzym, a rondo przy Centrum Kongresowym do komunikacyjne Koloseum, w którym walka toczy się między pieszymi-gladiatorami i samochodami-lwami;
c) za każdym razem odpalając papierosa, myślisz: „ostatni”;
d) policzkiem głaszczesz się po miękkiej skórze w kolorze piwonii;
e) odkrywasz istnienie swoich obojczyków;
f) wiatr wkrada ci się pod spódnicę energiczniej niż jakikolwiek mężczyzna będzie kiedykolwiek zdolny;
g) jadąc tramwajem słuchasz Candela z Buena Vista i tak naprawdę nie jesteś w tramwaju tylko na Kubie, palisz cygaro i pijesz rum;
h) zauważasz, że twoje ramiona są lekko mahoniowe, a usta czekoladowe;
i) Hotel Forum jest najlepszym architektonicznym kontrapunktem dla Wawelu jaki mógł powstać;
j) ktoś ci mówi, że jesteś głupia jak but (porównanie!);
k) przecierasz oczy ze zdumienia;
l) szumi dla ciebie ocean wody w kawiarce, kipiący brązem i gorzkością;
m) światło na wschodzie i zachodzie;
Dokładnie wtedy też poezji  nie ma, wcale.

Natomiast 

jest jakaś nieprzyjemność losu
że patrząc w słońce
widzę ciemność