niedziela, 22 stycznia 2023

List do ciebie, umarły przyjacielu: jestem Opowieść [8]

Drogi - 

Przydarzyła mi się rana. Rana wymagająca interwencji lekarza. Rana, która pojawiła się znikąd. Rana, którą trzeba pilnować, aby nie rozlała się zapaleniem po całym ciele. Rana, którą trzeba oczyszczać, namaszczać, okiełznać, zdusić.

 

Od tygodnia uczestniczę w kafkowskim spektaklu codziennych podróży do tego samego szpitala, gdzie ten sam lekarz bada i oczyszcza tę samą ranę, po czym nakłada na nią ten sam lek i opatrunek. Czekam na tym samym krzesełku, aż zostanę wezwana do gabinetu i myślę o tym, czy to już moja ostatnia wizyta? Czy już do końca życia będę musiała opatrywać rany, których nie zadałam sobie sama, a które po prostu mi się przydarzyły?

 

Moje ulubione hobby: wyszukiwanie struktur parabolicznych w moim własnym życiu.

 

Zastanawiam się, na ile to samoświadome przekształcenie doświadczeń w opowieść stanowi normalny odruch, a na ile to chorobliwy objaw dysocjacyjny – kiedy nie mam już ochoty ani siły mierzyć się z rzeczywistością po prostu zaczynam nadawać jej cechy fikcji. Dzięki temu mogę użyć znanych mi dobrze narzędzi interpretacji, aby odpowiedzieć sobie chociaż na te podstawowe pytania: kto? – co? – do kogo? – w jakim celu? – w jaki sposób?

 

Czy odpowiedzi na coś się przydają? Jedynie do uspokojenia fal wyobraźni, które wzbierają w zakamarkach mojego umysłu i sztormują się wzajemnie rozbijając się o skały mojej wrażliwości na opowieści. 

 

Zamiast skupić się na prze-żywaniu życia uparcie staram się je prze-czytać. Gdyby jeszcze rodziła się z tego jakaś twórczość, kreacja, wytwór… Jednak na razie tkwię w martwym punkcie obserwacji i trwam w parabolicznym spektaklu będąc jednocześnie jego widzem i główną bohaterką. Scena i widownia to miejsca jedynie umowne – umowne jak Prawda, Dobro, Zło, Rzeczywistość i Fikcja. Umówisz się ze mną na któreś z nich? 

 

Zadanie domowe: przestać patrzeć na siebie z bezpiecznego dystansu interpretatorki; wejść w opowieść i nie zastanawiać się, czy pod jej spodem czai się Opowieść Ważniejsza. Nie czai się. Ja jestem Opowieść. Na końcu zostanę tylko Ja. 

 

Opowiedz mi coś. 

niedziela, 4 grudnia 2022

List do ciebie, umarły przyjacielu: Schönheit und Schrecken [7]

 04.12.2022

 

Drogi – 

 

zawsze bądź gotów na to, że Ktoś odejdzie. Nigdy nie zakładaj, że coś będzie trwało wiecznie. Żadne uczucie nie jest ostateczne. Jedyne pewne rzeczy w życiu to: Piękno i Groza. Piękno i Okropność. Piękno i Strach. Piękno i Przerażenie. Piękno i Trwoga. Schönheit und Schrecken. 

 

Uczepiłam się Rilkego i trzymam się jakoś: idę ku granicom mojej tęsknoty; idę ku granicom mojego pragnienia i żyję, i nic nie jest mi tak obce jak ty. Sprawiam sobie zawód za każdym razem, gdy budzę się rano i przyłapuję się na samo-sabotażu, który polega na tęsknocie za czasem, kiedy wcale nie czułam się szczęśliwa. Z dnia na dzień jest jednak coraz łatwiej, jakby ta ciemność, która opanowuje świat tak wcześnie, była wysysana ze mnie; z tego czułego, miękkiego Środka, który spowija wnętrzności mojego ciała. Dzięki temu robi się we mnie miejsce na nową jasność i nową ciemność, które chce powitać z radością i naiwnością. 

 

Jest w nas coś absolutnie nieśmiertelnego. Wszystko wskazuje na to, że to może to być nieustający upływ czasu, którym zachłysnął się Heraklit wypluwając z siebie sentencję o rzece. Woda jest nośnikiem wspomnienia, tak jak łzy i para wodna. Jaką okrutną rzeczą jest pamięć. Ocala i skazuje. Schönheit und Schrecken.  

 

Życie jest ciągłym podejmowaniem decyzji. Za każdą, którą podjęłam, jestem wdzięczna. Jestem przepełniona pewnością: nic nie mogło stać się inaczej / wszystko mogło stać się inaczej. Przepełnia mnie Schönheit und Schrecken.

 

Jak mogłabym odmówić sobie doświadczenia całości? 

 

Pamiętaj, jestem przy Tobie, kiedykolwiek o mnie myślisz. To zawsze było ostrzeżenie i ciągle nim jest. 

 

Trzymaj się – czegokolwiek chcesz - - - nawet tej najostrzejszej z brzytw. 

 

Twoja bez sensu i znaczenia

K.

sobota, 30 lipca 2022

List do Umarłego Przyjaciela: pokuta i pojednanie [2]

 Wrocław, 30.07.2022


Drogi - - -


jedyną rzeczą, którą lubię bardziej, niż czuć się dobrze, to udawać, że czuję się dobrze. Ty też tak masz? To ten stan, w którym wymyślam siebie na nowo, składam bardzo poważne postanowienia, sypię głowę popiołem, więcej grzechów nie pamiętam i obiecuję mocne postanowienie poprawy oraz proszę (się) o pokutę i rozgrzeszenie. 


Pokuta objawia się zazwyczaj w postaci nieskończonego ciągu myśli, które muszę zagłuszać przed snem wykładami o rzeczach, o których nie mam pojęcia maniakalnie zapisywanymi w sekcji „do obejrzenia” na YouTube - - - zebrałam tam już naprawdę pokaźny uniwersytet. Natomiast rozgrzeszenie przychodzi jako zwrot-ku-czemuś. Zazwyczaj kończy się na maniakalnym myśleniu o zwrotach-ku-czemuś i na maniakalnych próbach wcielenia owych zwrotów w życie, w realne działanie. 


Czy to już epizod maniakalny w nigdy do końca nie zdiagnozowanej chorobie? 


Pamiętam, jak leżałam kiedyś w szpitalu wojskowym na oddziale endokrynologii, bo poszukiwałam źródeł swojego nieszczęścia. Trzydniowy pobyt zamieniał się w dwutygodniowy turnus wypoczynkowo-depresyjny. Pamietam, że zdarzyły wtedy przekwitnąć róże w szpitalnym ogrodzie. W trakcie diagnostyki zaprowadzono mnie również na oddział psychiatrii. W gabinecie lekarz zapytał mnie o objawy. Powiedziałam, że czasami staje w otwartym oknie i chce skoczyć. Lekarz odpowiedział, że czasami każdy chce skoczyć. Ja mu odpowiedziałam - owszem, ale nie każdy staje w oknie. Odesłał mnie z niczym, poza lakonicznym „podejrzeniem do dalszej diagnozy”, która nigdy nie nastąpiła, a ja po prostu zaczęłam sobie powtarzać - - - czasami każdy, czasami każdy, czasami każdy. Pocieram palcami i paciorki tego dziwnego, wojskowego różańca już tyle lat, że zdarzyły się w nich wyżłobić małe wklęśnięcia. Wszystko odbywa się w ich środku. Są małe jak ziarnka grochu, są wielkie jak morze. 


Trwanie w tych epizodach przypomina ciągłe przekraczanie granicy między tym-co-wyobrażone i tym-co-realne. Nie istnieje w tych chwilach żaden stan pomiędzy. Wyobraźnia podpowiada światy niemożliwe, które jednak dają poczucie niesamowitego komfortu i otulenia. Dlatego staram się z uporem maniaka ściągać się ku realnemu - - - które powinnam opatrzyć cudzysłowem, ale nie robię tego, bo nie wiem, co mogłoby się za tym kryć - - - realnemu w postaci: idę iść, idę uczyć się, idę jeść, idę spać, idę się kąpać, idę zapalić, idę czytać, idę słuchać muzyki, idę-cokolwiek. Byle nie dać się wciągnąć drugiej stronie ze strachu, że mogłabym tam zostać. Zdarzały mi się już takie wypady i powrót z nich za każdym razem był trudniejszy niż poprzednio. 


W tym wszystkim chodzi oto, aby przez chwilę - przez ułamek tego, co staramy się nazywać i potrzepać, jako Czas - - -stać się kimś innym. Trafić do tego innego scenariusza, w którym ten najmniejszy element jest jednocześnie Tu i Tam. Jedyne, czego nauczyłam się z wykładów o fizyce kwantowej to to, że jest to zupełnie możliwe, a rzeczywistość jest zupełnie inna, niż nam się zdaje.  Na szczęście. Inaczej moglibyśmy jej zwyczajnie nie znieść i stawać w oknach, a nawet - - - 


Patrzę w telefon zanim zasnę licząc do dziesięciu, nim wstanie słońce.


Twoja - - - 


niedziela, 17 lipca 2022

List do Umarłego Przyjaciela [dla siebie stać się]

 Wrocław, 17.07.2022

Drogi – 

 

nigdy nie zapominaj, że te listy są i były przede wszystkim ode mnie do mnie. Chciałabym, żebyśmy ustalili to na samym początku tego listu, aby wyeliminować wszelkie wątpliwości i nieporozumienia, które mogą wynikną w wyniku błędnych odczytań i chybionych interpretacji. 

 

Przeprowadziłam wczoraj bardzo ważną rozmowę. Późną nocą, na opuszczonych dachach wszystkie rozmowy są istotne. Ta przyniosła mi wielkie ukojenie, ponieważ otworzyła mi nową perspektywę, ukazała zupełnie nowy horyzont dla rozmyślań, nad którymi wzeszło w końcu nowe słońce – lipcowe, poranne i najjaśniejsze ze słońc. 

 

Powiedziano mi kim mogę być, a kim, a raczej czym, nigdy nie chciałam i nie chcę być – odskocznią, czym Innym, miejscem–wypoczynkiem, miejscem–ucieczką, miejscem–poza–codziennością. Gdy to usłyszałam, odetchnęłam z wielką ulgą, aż łzy, które trzymałam w sobie od tak dawna, w końcu znalazły ujście i popłynęły obficie w geście oczyszczenia, w geście prywatnego i bardzo intymnego katharsis. 

 

W słowniku języka polskiego trzecia definicja słowa „odskocznia” brzmi: początek czegoś. Wybrałam właśnie tę definicję, bo poczułam, że jest ona najwłaściwsza – dla mnie. Ponieważ za to „coś” postanowiłam uznać siebie samą. Tego od wczoraj chcę najbardziej – powrócić do samej siebie; dla siebie samej stać się odskocznią, samą siebie raczyć najpiękniejszymi myślami, z samą sobą znów rozmawiać na wszystkie możliwe tematy; samą siebie zacząć szanować; relację z sobą zacząć pielęgnować i stawiać w centrum. 

 

Rozkochać się w sobie na nowo, siebie pragnąć i pożądać; za sobą tęsknić i na siebie czekać; sobą nauczyć się myśleć i sobą odpowiadać na stawiane sobie pytania. Nie rozdawać siebie na prawo i lewo; nie rozrzucać się we wszystkich kierunkach (w jednym kierunku), a raczej zbierać się, skupiać się, zagarniać się. Przecież nie byłam sobą od tak dawna, że ledwo pamiętam, co to znaczy i jak to znaczy. 

 

Dla siebie stać się – odskocznią.

 

Dobrze, że wciąż Cię tu mam; że zachowałam Cię w swojej pamięci. Wiem, kim jesteś. Ty znasz moje ja. Beze mnie byś nigdy byś nie istniał. Dobrze, że wciąż się mam. 

 

Ten list to mój manifest banału. Muszę powrócić do banału i – odskoczyć od niego, odbić się od tych rzeczy powszechnie znanych. Czy takie są one w rzeczywistości i praktyce – …

niedziela, 17 kwietnia 2022

list do Ciebie, przyjacielu [6]

Drogi –

 

Wybacz moje kilkuletnie milczenie. Porzuciłam pisanie listów do wymyślonych przyjaciół, ponieważ musiałam zająć się życiem prawdziwym, w którym problemem realnym jest pilna potrzeba szybkiego zlokalizowania gniazda moli, które latają po całej kuchni powodując wśród użytkowników kasz i mąk lęk i niepokój. 

 

Takie mam teraz lęki i niepokoje. 

 

Dlatego nie pisałam do Ciebie - - - trochę też ze śmieszności tego zabiegu, tak już wyświechtanego i powtarzanego do znudzenia w historii literatury. Ale przecież i śmieszność i powtarzalność są tym, co łączy wszystkie życia klamrą nieznośnej uniwersalności. 

 

Takie mam teraz przekonania i refleksje. 

 

Wtedy wierzyłam tak mocno, dziś mogę wierzyć w Cokolwiek. Wiara jest we mnie jednak niezachwiana i owiana tą samą Tajemnicą, którą lubię wyobrażać sobie w kształcie: czyiś ust, spoglądającym na mnie z ukrycia oku Wielkiego Narratora; w kształcie starej piosenki, którą wypluł na mnie algorytm z brzucha tego matematycznie wyjaśnialnego wieloryba; w kształcie niedorozwiniętego zapachu pierwszych wiosennych bzów, które uparcie rosną na tym przystanku tramwajowym i jeszcze nie dopadła ich katastrofa - - - szczególnie wiarę w te bzy w sobie pielęgnuęj i noszę głęboko w sobie, z rękę się z nią trzymam – z tą wiarą w te bzy - - -

 

Okazuje się jednak, że czas potrafi się zatrzymać – szczególnie, kiedy dobrze przygotujemy sobie słoik i zalejemy go odpowiednią ilością octu. Otrzymujemy wtedy kiszonkę z wspomnień, która w przypadku przedłużających się przerw w dostawach świeżych przeżyć istotniejszych, staje się dla nas jedyną nadzieją przeżycia - - - konserwuj tyle wspomnień, ile się da; układaj je latami albo tematycznie w piwnicach swoich myśli. Nie martw się wilgocią tych przestrzeni. Jesteśmy wodą, która potrafi wejść dwa razy sama do siebie i jeszcze snuć na ten temat rozważania filozoficzne. Wilgoć to nasza siostra w Wodorze i Tlenie. 

 

Tak, więcej teraz myślę o kiszonkach niż o śmierci. 

 

Pytasz mnie, czy piszę jeszcze? Piszę te Słowa i one muszą Ci wystarczyć. Wiersze przychodzą mi opornie, jak poranne wstawanie ze snu; proza od niechcenia się raczej czyta niż tworzy, a dramat pozostał formą radzenia sobie z traumą - - - nie mam odwagi się z nią mierzyć, bo oznacza ona dialog, a mnie słowa stają w gardle i czekają na lepszy czas. Listy, takie jak ten, piszę raz na pół roku, raz na rok, raz a dobrze. 

 

Niektórzy moi przyjaciele zniknęli - - - jak Ty. 

 

Powrót to zawsze Zmartwychwstanie. Czasami zmartwychwstaje bóg dobra i czułości, czasami wszystkiego złego. Nim zapieje kur, nie będzie czego ze mnie zbierać. Pozostaje tylko śpiewanie ody do tego, co utracone - - - wiesz, że jestem w tym dobra; moje muzeum Utraty sławne jest między naszą dwójką – i niech tak pozostanie. 

 

Tak teraz ubieram Tęsknotę w słowa – 

 

- i nawet mi już nie wstyd

 

K.

niedziela, 12 grudnia 2021

Kocham to Miasto. Nienawidzę tego Miasta / lapidaria z Breslau

Wrocław, 12.12.2021


Kocham to Miasto. Nienawidzę tego Miasta. Bez tego miasta byłabym nikim. Bez tego miasta mogłabym być kimkolwiek innym. Tylko dzięki temu miastu przetrawiam rzeczywistość w sposób tylko mnie właściwy – osobistymi bakteriami i grzybem z poniemieckiej cegły. Tylko dzięki temu miastu niestrawne jest dla mnie każde „nasze”.

Jest ono jednym wielkim intertekstem przeszłości, olbrzymim potworem-zapisem post-emocji. Odczuwam je jak fizyczną ranę wybudowaną blokowiskami i kamienicami na moim ciele, która co raz zabliźnia się i otwiera. Kiedy jestem daleko – bieleje wspomnieniem, gdy jestem w nim – ropieje i pachnie bluszczem oplatającym stary, żydowski cmentarz, jak stygmat do którego mam ochotę się modlić. 

sobota, 14 kwietnia 2018

Dlaczego postanowiłam zmilczeć mą miłość


Powiedział mi, że jak dla niego, to mogłabym chodzić nago. Nie zauważył, że ciągle jestem przed nim naga. Kiedy sięgam po telefon i wybieram jego numer telefonu - naga; kiedy staram się wytłumaczyć mu różnicę między wypierdolić i rozpierdolić - naga; kiedy czekam w oknie, paląc papierosa, aż wyjdzie z łazienki - naga; kiedy sika obok mnie myjącej zęby - naga; kiedy nie umiem odmówić - naga i odkrzyknąć sfrustrowanej językowo myśli zaolziańskiego pogranicza - naga.
Naga jestem w snach o nas i o naszym przebudzeniu.

[Nagość stanowi w tym przypadku jakąś dziwną kategorię estetyczną, przypominającą seksowność. Zamykają się w niej takie pojęcia jak: bezbronność, uległość, zmęczenie i umęczenie. ]

Jakbym była już tylko w połowie.

Wyłowiona i wyjałowiona ryba szuka powietrza, oddechu. I nawet na to szukanie może pozwolić sobie tylko gdzieś indziej, bo szukanie, wiadomo, śmiech międzynarodowy choć braterski, na pozór łatwy i przyjemny, a przecież przerażający.

Powiedział mi, że mógłby pisać wierze. Być może jemu też przydałaby się trochę nagości w tym przebranym świecie - przebranym z najlepszych jabłek, pomidorów i idei.

Albo nie.

środa, 31 maja 2017

Poemat o nie-poezji

zielono-żółte chucie twojej suki rozlały się trupiarnią na stole Izaak i Abraham uciekli do Medyny gejsze tuptają tup tup tup rano właśnie tak się czuję z głową w kiblu przeczuwam obroty gwiazd i planet mnożone przez trzy zielone dzielone trzy po trzy 


Poezja jest wtedy, gdy:
a) robisz pierwszy raz w życiu twarożek i różowawa czerwień rzodkiewki, zlewa się ze szczypiąco-szczypiorkową zielenią, a wszystko to zatopione w śniegach śmietany;
b) siedzisz na ulicy Brackiej i nie pada deszcz (chociaż pada zawsze); słońce przemalowuje ci Kraków na Rzym, a rondo przy Centrum Kongresowym do komunikacyjne Koloseum, w którym walka toczy się między pieszymi-gladiatorami i samochodami-lwami;
c) za każdym razem odpalając papierosa, myślisz: „ostatni”;
d) policzkiem głaszczesz się po miękkiej skórze w kolorze piwonii;
e) odkrywasz istnienie swoich obojczyków;
f) wiatr wkrada ci się pod spódnicę energiczniej niż jakikolwiek mężczyzna będzie kiedykolwiek zdolny;
g) jadąc tramwajem słuchasz Candela z Buena Vista i tak naprawdę nie jesteś w tramwaju tylko na Kubie, palisz cygaro i pijesz rum;
h) zauważasz, że twoje ramiona są lekko mahoniowe, a usta czekoladowe;
i) Hotel Forum jest najlepszym architektonicznym kontrapunktem dla Wawelu jaki mógł powstać;
j) ktoś ci mówi, że jesteś głupia jak but (porównanie!);
k) przecierasz oczy ze zdumienia;
l) szumi dla ciebie ocean wody w kawiarce, kipiący brązem i gorzkością;
m) światło na wschodzie i zachodzie;
…
Dokładnie wtedy też poezji  nie ma, wcale.

Natomiast 

jest jakaś nieprzyjemność losu
że patrząc w słońce
widzę ciemność


poniedziałek, 29 maja 2017

Rozdwojona jaźń niedoczekanego wiersza

Nie umiem pisać. Nie umiem pisać od miesiąca; może od wczoraj; może to się zaczęło godzinę temu; może to od słońca; a może wszystko już napisałaś, albo nigdy nie dobrego nie napisałaś; może jeszcze nic nie napisałaś i wszystko przed tobą; może tak być, ale może też nie być; chciałaś to wykasować, bo za bardzo hamletyczne? Widzisz, ja cię znam; ja się bardzo dobrze znam. Kim jesteś? Niebo to jest tylko nieskończony ciąg metafor. 

Cisza bezchmurnego nieba cisza czwartej nad ranem cisza niedokończonej rozmowy cisza pokornej nadziei cisza śpiącego niemowlęcia cisza stygnącego ciała cisza nieskończonego kosmosu cisza upartego Boga cisza samotnej nocy cisza bezsennego lęku cisza przekwitniętego bzu cisza niespełnionego oczekiwania cisza spełnionego proroctwa cisza pełzającego fatum cisza wyszeptanej tragedii cisza rozpłakanej komedii cisza olbrzymiej ambicji cisza karlej możliwości cisza zamkniętej powieki cisza spragnionych warg cisza gotowych do krzyku ust cisza rozpuszczonych włosów cisza czerwonoskórna cisza zapisanej kartki cisza fortepianu Chopina cisza symfonii Mozarta cisza kaplicy w bocznej nawie katedry cisza
i tyle słów
które nie mogę opisać 
mojej ciszy 

***************************************************************************

Nic nie czuję. To jest wtedy, kiedy leżysz sobie nad rzeką i zamykasz oczy, a słońce okrutnie próbuje wedrzeć się za zasłonę twojej powieki. Jest bardzo ciemno – potem jest niezwykle jasno – kolory drgające w uniesieniach, oddaleniach i przybliżeniach, w locie i spadaniu; powidoki – i nagle ciemno. Ale to jest już ciemność kosmosu. Wyobraź sobie korytarz, na którego końcu znajdują się drzwi. Idziesz korytarzem bardzo długo – ściany mogą być rubinowe ale niekoniecznie; mogą być też zmyślone – lepiej ich nie dotykać. Udaje ci się dotrzeć do drzwi, otwierasz je, robisz krok i nagle – jesteś w wielkiej, kosmicznej próżni; na jakiejś dziwniej platformie z widokiem na Wszechświat. Na platformie stoi fotel i niewielki stoliczek. Na stoliczku – papierosy z zapalniczką i popielniczka. Usiądź wygodnie. Zapal. Odetchnij. Wokół ciebie przesuwa się kalejdoskop kosmosu. Bardzo powoli i bardzo szybko. Czas jest przeszłością i przyszłością. Teraz – wybuchają gwiazdy, tworzą się czarne dziury, powstają nowe galaktyki; wszystko krąży po okręgu; po elipsie; po okręgu; i znów po elipsie; wybuchają wulkany; przychodzą epoki lodowcowe. Powstają i znikają układy słoneczne. Antymaterie i materie odnajdują swoje przeznaczenia. Gdzieś tam rodzą się dzieci, ktoś kogoś kocha, ktoś kogo nienawidzi; właśnie odkryto trupa; matka zrobiła pomidorową; Grecy spalili Troję, a David Lynch skończył siódmy sezon Twin Peaks; Napoleon wkroczył do spalonej Moskwy zaraz po tym, jak Mojżesz przekazał Żydom treść Dziesięciu Przykazań; kiedyś Kieślowski nakręci o tym film, ale tym czasem premiera ma Sausage Party – wiesz, że to będzie dobry film. 

Ale ja nie czuję nic. Bo w kosmosie jest próżnia. Bo w kosmosie nie ma powietrza. Dlatego w fotelu na dziwnej platformie siedzi mój trup. 

To całkiem wygodne. 
To całkiem niewygodne. 

Rozdwojona jaźń niedoczekanego wiersza. 

sobota, 29 kwietnia 2017

Egzegeza

Najbardziej lubię wina półsłodkie. Lubię je, bo są takie jak ja. Są takie jak ja: delikatnie musujące, o świeżym, owocowym bukiecie i przyjemnym, orzeźwiającym smaku.; doskonałe do deserów, owoców i ciast. Wyśmienite jako aperitif. To znaczy – nigdy danie główne. To właśnie ja. Dlatego piję wina półsłodkie same, kiedy sama – jestem sama. Żeby choć raz i ono miało okazję do bycia w centrum zainteresowania. 
Lubię je kupować o osiedlowej Żabce. Zawsze tak się składa, że sprzedaje mi je ten sam facet, który równie dobrze mógłby być moim ojcem. Patrzy się na mnie, kiedy wkładam mu w dłoń to czternaście dziewięćdziesiąt dziewięć (Świetna promocja jest, polecam!), 
z miłosiernym politowaniem. Jest jak ci wszyscy ludzie wokół mnie – lubimy cię, nawet bardzo,
ale trochę nam cię szkoda. Mogłabyś być – głębokim winem wytrawnym, eleganckim, tajemniczym;
zostawiającym lekką goryczkę w ustach, ale zapowiadającym jakąś lękliwą słodycz zbyt dojrzałych
czereśni; smak zapadający w pamięć na długo, długo. Mogłaś być też różowym winem słodkim,
który przypomina o ciepłych porankach i rosie (Takie na przykład Carlo Rossi, dziś po dwadzieścia jeden,
przegięcie!), a w smaku – o pierwszych poziomkach i oranżadzie z proszku, którą wsypywało się prosto
do buzi i było słodko, słodko. Tym mogłaś być K., ale nie jesteś – jesteś pół-słodziakiem. Ogólnie jest
smacznie,
ale to tylko do deserów i ciast. 
Jeżeli przyjąć założenie, że wytrawne to kobieta-demon, a słodkie – naiwna panienka; ty jesteś niedorozwiniętą formą obu; postacią w pół drogi od jednej do drugiej, lub na odwrót; albo bywasz od czasu do czasu jedną albo drugą; albo nie bywasz nimi wcale. Jesteś nikim. Świeży, owocowy bukiet? Przyjemny orzeźwiający smak? Co to w ogóle znaczy? Dla wytrawnego literaturoznawcy brzmi to jak opis zapachu odświeżacza do toalety albo za tanich perfum, które sprzedaje się w sklepie  „wszystko po pięć złotych”. (Co, swoją drogą, jest okrutnym kłamstwem, bo zdarzają się w takich sklepach rzeczy za siódemkę; uważam, że jest to największe łgarstwo, które wymaga dalszych badań, albo nawet powołania komisji sejmowej.) I za to siebie masz – niby wino, a zapach do kibla.
Ale wino obiecuje zapomnienie – każde. Dlatego ostatecznie – mogło być gorzej, prawda? Zawsze mogłabyś być Tatrą – z charakterem, która odbija się miesiącami razem
z kebabem marki Nynek (Polecam ten kebab we Wrocławiu moi drodzy, ul. Kazimierza Wielkiego, przy  
Heliosie to znaczy przy Nowych Horyzontach, znaczy przy Heliosie – wspaniałe kino, w którym kiedyś
można było robić syf, a teraz można robić selfie.). 

Pozdrawiam, ja i Beauvillon Medium Sweet, rocznik: zeszły wtorek.  

środa, 22 lutego 2017

Problemy poetyki Dostojewskiego

            Pokój był dziwny. Na ścianie wisiała martwa natura, która kształtem przypominała nieżyjące ucho Van Gogha. Kalendarz nie odmierzał już czasu. Zatrzymał się gdzieś między deszczowym lutym a smutnym marcem, które poprzedzają najgorszy z możliwych – kwiecień. Niedająca się opisać żółć wschodziła słońcem na tle białej ściany. Ucho Van Gogha spadło na podłogę. Przetoczyło się energicznym ruchem pod moje stopy i leżąc nieżywo a może nawet trupio, krzyknęło do mnie: „Zwierzęta, zwierzęta!”. Ucho nie może mówić. Była to jedyna myśl, której mogłam się w tamtym momencie utrzymać. Ucho nie może mówić. Argument ten, nie do podważenia, przekonał mnie, że pokrzykuje ktoś inny. Tak musi być. Odwróciłam się ku drzwiom, które były za mną. Gdzieś zza pleców to – zwierzęta, zwierzęta – dochodziło. Zobaczyłam Tadeusza Różewicza. Przecież – mówię – nie było cię na półce, patrzyłam, szukałam, oglądałam, w te i powrotem, i znów od końca do początku. Tadeusz trzymał w ręku worek błękitny, w którym trzęsły się ze strachu szklane - i nie tylko -  butelki. „To są moje wiersze.” Stwierdził kategorycznie poeta, kodyfikując tym samym nowy system wersyfikacyjny. Na znak triumfu swojej sztuki, potrząsną wspomnianym workiem. Butelki brzęczały głośno i głośniej; wierciły i wypełniały, malały i rosły. Różewicz już nie krzyczał, on wrzeszczał: „Klasyczne techno posiada stosunkowo szybkie tempo i wynosi około 120–140 uderzeń na minutę.” Klasyczne, klasyczne, klasyczne. Łzy Apollona, śmiech Dionizosa. Ucho Van Gogha padło martwe, ostatecznie. Tak kończył się wiek XX w estetyce. Przyłożyłam swoje własne, prywatne ucho do ściany – potocznie nazywanej Ścianą Basu – podobną budowlę odnaleźć można w Jerozolimie, choć nie wiem, czy spełnia tę samą funkcję – dosłyszałam dźwięk telefonu. „Ej, słyszałaś nowe Death Grips? – Boże, to ten sam dźwięk. Podwojenie zwielokrotnienie, rozczłonkowanie.” Szybka rozmowa, bez wchodzenia w szczegóły. Nauczył mnie tego Juliusz Cezar i Ryszard Krynicki. Może by tak pojechać do Lwowa?  Jezu, ulituj się. – Nie. – lapidarnie odpowiada Bóg – nie mam czasu, zarobiony, jestem, ja mam plany… - Ale może wpadnę do Ciebie? – pytam, szukając zbawienia. –Nie, od Piątku mam pokrzyżowane plany całkiem, wiesz… - Może chociaż jakiś after? – Polecam te w Hadesie. – mówi Jezus i umiera. Więc czołgam się w stronę łóżka, kładę się. Jak miękko mam, jak dobrze, jak pięknie. Jestem z piasku. Jestem z pluszu. Jestem z bajki. Ale to już nie miękko, tylko mokro. Woda. Woda ciemna. Odwracam głowę i widzę postać Wodnika. Piękne ciało, jakby lekko wydłużone, ale nie do końca. Podpływam, ale okazuje się, że to Iwaszkiewicz. Patrzymy się przez chwilę na siebie. Ból głowy jest nie do zniesienia. - Matko Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy, co jasnej bronisz Częstochowy… - Jestem już przy Ostrej Bramie. Matka Boska Elektryczna, co urodziła Boga, a potem go zabiła? - - - Ty nie jesteś Miłoszem.  - - - szepce zrezygnowany Jarosław. – Na szczęście. Ale znam dużo jego wierszy. Na przykład „Na cześć ks. Baki”. On nie jest o marihuanie. Ten wiersz, znaczy się. Baki nie znałam. - - - Ale Iwaszkiewicz gdzieś się spieszył, a ja byłam już w celi. Leżałam na brudnej podłodze. Jakiś szczur, jakieś pchły, głosy w sąsiednim pomieszczeniu. - - - Konradzie….
            A dajcie wy mi już wszyscy święty spokój. Ja chciałam tylko potańczyć. 

poniedziałek, 21 listopada 2016

Lapidaria włoskie [1]

Dwa labirynty to może być (jak często jest!) podwójna wzajemna zagłada, ale dwa labirynty to może też być (jak rzadko jest!) – coś fantastycznego! Oboje mieszkańcy – wzajemną dla siebie słynną nitką Ariadny. Bez której, co namacalne – to ślepa ściana, co krok – to szloch. I rozpacz. To na pewno zależy w wielkiej mierze od (i wielkiej wierze) od obojga labiryntczyków, żeby ich labirynty przepięknie ze sobą się splotły w jeden, też labirynt, ale miłosny, ale wspólny, ale bliźni. A z bliźnim się można – zabliźnić. I kiedy się widzi coś takiego, no – to jest potęga.
Edward Stachura

            Werona, 19.11.2016
            Dziewiętnasty dzień października roku pańskiego (?) dwa tysiące szesnastego. Stan faktyczny: Wielka Brytania – Brexit; Stany Zjednoczone – prezydent-elekt Donald Trump; Bliski Wschód (wciąż za daleki) – ludzie giną, ludzie giną, ludzie giną. Snap. Polska – nie umiem słów. Tak przedstawiają się w fakty w rzeczywistości – bez – faktów.
            Najprawdziwszą rzeczy-wistością wydaje mi się ta Werona, w której mam szczęście – być. Przyleciałyśmy z M. wczoraj około 14. Czekałyśmy na autobus mniej więcej dwie godziny. Medytacja tłumu. Zimno. Papierosy. Kawa. Werona – cieplej i ciemniej. Szerokie chodniki. Antyczna Arena, Teatro Romano, średniowieczne mury, zamek obronny, renesansowe kamienice i kamienie – wyłożone nimi ulice. Zaraz obok, na otwartym placu, zamykający przestrzeń, wielki, neoklasycystyczny budynek z ogromną kolumnadą – wyrośnięte kolosy jak bogowie pilnują miasta. Na środku jednego z placów romantyczny (data) pomnik Dantego (pisał w Weronie „Raj” - - - jest tylko Beatrycze i właśnie jej nie ma) – tego, który ma (?) łączyć naród włoski. Dante. Dante. Dante. Ale on łączy chyba nasz europejski świat? Łączył. – W pieśni – w Raju – w Piekle. Tak chyba połączony jest świat – światłem i ciemnością. Prowadzeni jesteśmy – swoimi Wergiliuszami i swoimi Beatrycze. O, jaka to musi być Tęsknota, żeby za nimi – w oko wieczności – w Zamknięcie i w Otwarcie nowe i stare. Dante na pomniku – sam. A sam on nie był przecież zupełnie.
            Pod jego stopami – tłum. Jarmark bożonarodzeniowy. A przecież ni się na nim nie święci. A przecież „Boska Komedia” zaczyna się w okresie Wielkanocy – w noc z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek. Skąd to „boże narodzenie” wokół Ciebie, Dante?
            Kawa jak życie. Kawa słodka. Kawa kwaśna. Papieros. Papieros jak życie. Papieros słodki. Papieros kwaśny. Tak musi być.





            Popatrz, K., jakie jesteśmy. Jesteśmy – jako epitet. Jako określenie stanu. K., popatrz, jesteś. Bo to nie zawsze się jest. A Jest – jest wystarczające zupełnie przecież. Nie musi być żadne inne – dookreślone. Jak się je opatrzy przymiotnikiem – to on zawsze ma w sobie swoją przeciwność, to znaczy: zawsze, kiedy piszesz „Jestem szczęśliwa”, to piszesz też trochę „Jestem smutna”. Bo to nie istnieje bez siebie. Światło – ciemność. Raj – Piekło. Dlatego, K., od dziś będzie Ci wystarczyć tylko: Jestem. Otóż to, Jestem. Kawa jak życie. Kawa i papieros. Skracanie i przedłużanie.





            Mówiłam już M. – oni (Włosi?) nie mają tego, co my (Polacy?). Nie znają pojęcia wyrwy. W Polsce – wszystko powyrywane, poszarpane – ogólny brak ciągłości. Dlatego tak wtulamy się w te nasze marmurowe, renesansowe, wawelskie grobowce Zygmuntów – splunięte przez pamięć Bony o Włoszech. W Weronie – grobowce przy ulicy – bogatych ludzi (czy ostatecznie król był kimś innym?) –piękniejsze, większe, renesansowo-średniowieczne (tak, w tej kolejności – bo w nich chodzi o okazanie wielkości, a tylko przez niezamierzony przypadek – stają się one wyrazem maksymy memento mori – grób – grobowiec – przy ulicy.) Patrz – miałem odwagę umrzeć tak samo, jak miałem odwagę żyć – patrz – to jest to samo, bo dalej tylko: Jestem.
            Nikt tym Włochom nic nie zabrał, nie wyrwał, nie zniszczył. Zwarta zabudowa – M, czy te kamienie kładli antyczni obywatele miasta? – To całkiem możliwe, K., to całkiem możliwe. A u nas Wawel – jak cud. Ale to dobrze. Jest. Nic więcej mi nie trzeba. I tutaj też – nic więcej nie trzeba – być. W - jest – ować się w to Istnienie. (To by lepiej brzmiało po niemiecku, wiem.). W-Jest-estwo. Esse. Nic więcej, nic, nic. To już jest – dużo. To już jest zbyt wiele. Bo skoro Jest (Się) to od razy nie-Jest-(Się) – to już jest Wszystko.

Werona/Wenecja 20.11.2016

            Napiszę, napisze – jak tylko wyplącze się z tego Labiryntu...

niedziela, 2 października 2016

myśli z Piekła siłą wyrwane pewnej bardzo ciemnej nocy



- - - myśli z Piekła siłą wyrwane pewnej bardzo ciemnej nocy - - -
            Wycinam sobie myśli kawałek po kawałku i bolą te myśli bolą i znikają zniknąć nie mogą – moje ciało składa się z myśli – rozkłada się pod wpływem myśli – zapach spalonych ziemi za mną – zapach spalonych ziem przede mną – wśród nich drogi mój Drogi ukryłeś się w tym zaduchu przedpiekielnym – zaduszny zaduch – za Duszę wyzionęłabym ducha – duch mój składa się z myśli – ciało moje jest myślą ziewam przydługo – śpię i nie śpię – jestem a nie ma mnie wcale - - - powoli osuwam się w mgnienie Oka - - - wkurwiona – krzyczę a jakbym nic nie mówiła – mówię przecież ciągle –

-

-

            Czas jak rzeka – odrzekłam – rzeko rzeczywistości rzeczo rzeczona rzekłaś: ciągle płynę ale ciągle jakby znikąd donikąd – i znikam – (i donikam) – zanik myśli jak zanik mięśni – straszna choroba – muszę płynąć – port port port – gdzie jest mój Port

                        Żeglarz określa statek. Statek określa morze. Morze określa horyzont.

            A za horyzontem musi być przecież port – ile jeszcze tych Horyzontów przede mną – tylko Jeden – ani jednego jeszcze nie przekroczyłam – przecież jest ich nieskończona geometria - - -a to tylko takie rejsy bez portów – mały chłopiec bez portków (portek to taki mały Port; takie jutro, takie pojutrze) bawi się glizdą – bawi się w zabijanie – to i ja pobawię się – bawię się w umieranie – do jutra rana – rana w głowie krwawi –to kolejna myśl rozplunięta – rozpuchnięta – rozpoczęta

            A już - - -

sobota, 3 września 2016

List do ciebie - umarły przyjacielu [5]



Jej z rąk igła wypada, nici plątają się w krośnach, Sama nie widzi, co robi, wszyscy mi to powiadają. Wczora postrzegłem, że róży kwiatek wyszyła zielono.
A.    Mickiewicz – Konrad Wallenrod

Szanowny kolego –
            - - - Nie, to nie rośnie.
            Wiem, że nie pytasz, ale ja staram odpowiadać na niezadane pytania – tak na wszelki wypadek, gdyby To, Co jest bardzo daleko – miało się okazać najbliższe, miało się rzeczywiście okazać Tym, Co jest w nas. Nic jest opisem niczego – jak perła jest opisem perły a motyl – opisem motyla.
            Tak więc budzi mnie coś większego niż ciemność. I nic. Wstaje z łóżka nad świtem, obmywając twarz zimną wodom staram się ułożyć rozszarpane myśli w jakiś jeden organizm, który można by z łatwością odczytać. I nic. Wychodzę z domu. I nic. Ale potem obserwuję zachód Księżyca – i wszystko.
            Myślisz, że istnieje Wolna Wola? Myślałam o tym ostatnio i zadawałam sobie ciągle pytanie – czy jest ona możliwa, skoro nie można cofnąć czasu; zrobić kroku wstecz?  Czas, a właściwie jego upływ zdaje się czynnikiem najbardziej zniewalającym człowieka – niemożliwość cofnięcia czasu zmusza nas do ciągłej postawy oczekującej – aktywnej. Aktem wolnej woli byłaby zatem swobodna rezygnacja z takowej postawy i - - - - - - - - - - -  bierne cofanie się w czasie. - - - - - - - - - - Jednak - - - jest to – niemożliwe. Gdzie jest więc moja – wolna wola?
            Tak wiele osób uważa, że jestem głupia. Nie mówią mi tego, ale rozpoznaję to w ich oskarżających spojrzeniach – jak długo jeszcze, Mała? Dlatego lubię XIX-wiecznych poetów, uczucia. Wzniosłość, namiętność, cierpienie, rozpacz. Dziś skutecznie jest sobie umniejszamy; ludzi, którzy doświadczają tak skrajnych emocji sprowadzamy do postaci jakiś niedorozwiniętych umysłowo i emocjonalnie kalekich karłów, którzy nie przystają do naszej codzienności. Staramy się, aby wszystko w Okół nas było letnie, w cudzysłowie. Jakiekolwiek cokolwiek. Widzisz, Drogi, ja nie chcę i nie mogę sobie na to pozwolić. Bo nie mogę być letnia – nie mogę, bo nie chcę. Więc niech wszyscy będą sobie mądrzy z tą swoją mądrością, a ja, ze swoją Miłością, będę głupia. I, być może, najlepsze dni uciekają mi właśnie dziś – ale uciekają najpiękniej, najlepiej i najpełniej. Gdybym tylko mogła uwierzyć w Słowa, które sama piszę – o, jak prościej mogłoby być. Ale - - -
            A gdybym mówiła językami ludzi i Aniołów, a miłości bym nie miała - - - byłabym Niczym.
            Życz mi tego, abym stała się Wszystkim - - - lub Nicością.

Twoja K.